Po wycięciu "schorzenia" 2 dni spędziłam w szpitalu, a zaraz po wyjściu Jurek zawiózł mnie na działkę. Spędziłam tam samotnie cudowny tydzień. Dzięki upałom nawet nie rwałam się do roboty, ograniczałam się do podlewania.
Pantofelek wymuszający chodzenie na pieęie.
Mój przecudnej urody gipsik.
Krzesełko Gabrysi i kapeć na koturnie Ani bardzo mi się przydały.
Sezon truskawkowy.
Rachityczne krzaczki z "Majsterka" kupione późną jesienią
o dziwo zakwitły.
Basiu, to nasz wspólnie sadzony jaśmin.
W tym roku mamy wysyp dzwonków (naparstnic).
I całe szczęście bo zmarnowałam georginie.
Bardzo lubię te falujące na wietrze łany.
Wbrew moim protestom Jurek zarządził koszenie trawy.
To coś na karku Jurka to ochrona szyi.
Mamy regularny upał od kilku dni.
Wojtek dzielnie pomógł kosić.
Koniec roboty.
Wojtek lubi konkretne zadania.
Dziedzic wreszcie może odpocząć.
Chyba mu się śni zona?
Upalny obiad. Nie możemy się doczekać na Mamę i Jurka.
Zapomniałam sfotografować na czas dietetyczny obiad.
No i mamy to, co mamy.
Mama 21 czerwca skończyła 85 lat.
Ciągle musi mieć jakieś zajęcie.
Jubileuszowe kwiatki jechały z Warszawy.
A to mój gipsik po tygodniowym urzędowaniu na działce.
Niebywałe, że dalej taki piękny, nawet czysty.
To zdjęcie może sugerować, że nie musiał się nabiegać, ale to tylko pozory.
Lodami świętujemy Dzień Ojca, niestety tylko z jednym synem.